Wakacje w Karpaczu miały być odpoczynkiem od dużego miasta. No i trochę się pomyliliśmy, ponieważ okazało się, że trafiliśmy z jednego gwarnego miejsca w drugie. Muszę przyznać, że pierwszego dnia chciałam już wracać do domu i znaleźć inne, ciekawsze miejsce na wakacyjny urlop. Zostaliśmy tam jednak i postanowiliśmy po prostu zobaczyć, co nam przyniesie pobyt w tym mieście. Przede wszystkim dla leniwych turystów – takich jak chociażby ja, jest bardzo szeroki wybór przeróżnych knajpek, restauracji i pizzerii.
Każdego wieczora przesiadywaliśmy po prostu w ogródkach przy restauracjach zajadając się specjałami z karty dań. Ponieważ miasto wrzało aż do późnych godzin nocnych, całkiem sympatycznie spacerowało się po malowniczych uliczkach. Któregoś dnia postanowiliśmy zobaczyć sztandarowe miejsce na mapie Karpacza – świątynię Wang. Wybraliśmy mniej uczęszczana przez turystów drogę, ale za to była ona piekielnie trudna do pokonania. Zaczęłam dziwić się, jak mogą mieszkać tam ludzie, którzy codziennie wchodzą na tak wysokie wzniesienia, nawet jeśli to tylko zwykła ulica, a nie szczyt górski.
Po dojściu na miejsce byłam nie tyle zachwycona samą budowlą, co faktem, ze udało mi się tam wdrapać, nie bez trudności, ale jednak. Zdobycie Śnieżki, choć jest czymś, z czym poradzi sobie nawet dziecko, okazało się jak dla mnie zbyt trudne, zbyt przewyższające moją kondycję fizyczne. Po zejściu na dół i długiej kąpieli znowu udaliśmy się do restauracji. Połowę następnego dnia spędziliśmy na kiermaszu książek.
Trafiliśmy na sam początek, dlatego też mieliśmy duży wybór w tytułach. Mimo wszystko, udało nam się dość sympatycznie spędzić te kilka dni poza domem.
